Trudne początki

Godzina 19:00, wychodzę z pracy, jak zwykle w marketingu dużo się działo, było gorąco, wszystko na przedwczoraj, ale pędzę do domu, żeby zdążyć na 20:00 na crossfit. Wiem jak się czuję po zajęciach, więc wiem że energia do działania powróci… i zawsze wraca :)

Wspominałam, że ten blog chciałabym zadedykować wszystkim tym, którzy by chcieli, ale nie potrafią. Tym którzy szukają mobilizacji, walczą żeby znaleźć wewnętrzną siłę do działania. Dlatego chciałabym opisać w możliwie największym skrócie moje ciężkie początki ze sportem, mam nadzieję, że kogoś jednak uda mi się zarazić.
Jestem z rodziny, w której sport było zawsze z nami, niestety tylko w rozmowach. Rodzona siostra mojego taty biegała zawodowo w maratonach, m.in. w Atlancie, co prawda już w barwach Kanady, bo tam dziś mieszka, ale jednak my w Polsce żyliśmy jej sukcesami.
Niestety ja raczej należałam do tych wyjątkowo leniwych, a sposób prowadzenia zajęć WF w szkole podstawowej na małej wiosce pozostawiał wiele do życzenia i skutecznie odsunął mnie, wręcz zniechęcił na lata do sportu. Pamiętam tylko stres, chęć zwyciężenia, i gorycz porażki.

Ponownie powróciłam do tematu na 4 roku studiów, kiedy to otrzymałam pierwsze poważne stanowisko managerskie. Stres, który temu towarzyszył zmusił mnie do szukania sposobu na ujście emocji. Padł pomysł na tenis i prywatnego instruktora – był okres wiosna-lato, więc idealne warunki do grania na powietrzu, ale przyszła zima i okazało się, że czar prysł, a chęć uprawiania sportu również.
Przyszedł czas na fitness, i to było to, o bieganiu nie było nawet mowy…. na myśl "bieganie" dostawałam dziwnych schorzeń w kolanach etc. zawsze się coś znalazło.
3 lata temu przyjechałam do Warszawy, nadal był fitness, zawsze komunikowałam wszem i wobec, że nie znoszę biegać, wiec nadal nie biegałam…

Wreszcie namówił mnie kolega na jeden mały bieg, 25 minut - 2 km brzmiało niby ok, bo przecież od 3 lat byłam 5 razy w tygodniu na fitnessie, więc pomyślałam dam radę… to była droga przez mękę.. pamiętam to doskonale, po 18 minutach błagałam, żeby już się zatrzymać, ale dobiegłam. Potem każdy kolejny raz okazał się lżejszy, biegałam tylko z kimś. To mnie motywowało.

Dziś przyszedł taki czas, że unikam biegania w towarzystwie, żeby się nie ograniczać. Dokładnie rok temu zaczęłam regularnie biegać i ćwiczyć, bieganie open air ze słuchawkami na uszach na tyle mnie odprężało, że zrezygnowałam z fitness na korzyść biegania, biegałam codziennie godzinę, 30 minut zwykle po pracy kiedy tylko miałam na to czas.

Wstępnie 2 km, potem 4 stopniowo motywowałam się do kolejnych kroków, ale tylko wtedy kiedy czułam, że dam radę, nic na siłę i wreszcie przyszedł czas na big step, przekroczyłam 10 km i to był dla mnie duży sukces, bo wiem, jak wielką drogę przeszłam, nie nadwyrężę tematu jeśli powiem „od nienawiści do miłości absolutnej”.
Trwa ładowanie komentarzy...